Ile kosztuje nieprowadzenie firmowego bloga i listy mailingowej? (mój największy błąd marketingowy – bolesne wyznanie)

Końcówka zeszłego roku (2013) była dla mnie naprawdę straszna. Stali klienci zamilkli a nowi nie chcieli przychodzić. Portfel chudł jak po programie Ewy Chodakowskiej. A ja na dodatek wpadłem niestety na bardzo głupi pomysł, jak przyciągnąć nowych klientów…

Stworzę katalog!

– pomyślałem.

Zaprezentowałem w nim wszystko, co miałem najlepsze: swoje osiągnięcia, wyniki, zalety i ofertę.

Produkcja tego dokumentu pochłonęła mnóstwo mojego czasu.

Bo nie dość, że trzeba było stworzyć teksty, to jeszcze je poprawić, skonsultować z innymi, dodać do nich zdjęcia, oddać grafikowi do obróbki a potem jeszcze wszystko wydrukować.

Pochłonęło to także mnóstwo pieniędzy.

Gdy katalogi w końcu do mnie dotarły – byłem zadowolony co nie miara. Świeże, pachnące i gotowe do wysyłki.

Lista firm, które miałem na celowniku, była już dawno określona. Wiedziałem z kim chcę rozmawiać, o czym i jak.

Zaproponowałem bardzo korzystne warunki: pierwszy audyt za darmo – by każdy mógł się przekonać o moim profesjonalizmie. Zero zobowiązań, same konkrety i korzyści.

Katalogi wysłałem.

Efekt?

Bolesne milczenie. I widmo zupek kung-fu w talerzu.

Zastanawiałem się: dlaczego?

Dlaczego ludzie nie chcą skorzystać bez zobowiązań z tak atrakcyjnej oferty?

Dlaczego nie widzą, że chcę im pomóc?

W jednym przypadku dotarłem do samej pani dyrektor wielkiej kosmetycznej firmy. Rozmowy były obiecujące. Obiecała, że podeśle mi materiały do pracy, ale kontakt się urwał.

Dlaczego tak wyszło?

Dziś mało kto już czyta katalogi.

Pewnie to, na co wydałem górę pieniędzy (satynowy papier, jakościowy druk), wylądowało gdzieś pomiędzy gazetką Lidla a katalogiem gumowych uszczelek.

Nawet, jeśli ktokolwiek tam zajrzał, to szansa, że akurat w tym momencie potrzebował mojej pomocy, była minimalna.

Poza tym – ludzie naprawdę nie lubią rozmawiać przez telefon.

Wiele osób się krępuje, odkłada to na potem (czyli na zawsze) i wykręca się tysiącami spraw.

Siadłem taki biedny i załamany: co ja teraz pocznę? Czy trzeba zamknąć firmę?

Pewnego dnia nastąpił przełom:

Zobaczyłem po latach, jak radzi sobie jeden z moich dawnych współpracowników.

Zaczynaliśmy mniej więcej w tym samym czasie i robiliśmy podobne rzeczy.

Dowiedziałem się, że jego firma po latach nadal wspaniale prosperuje. On produkuje różne infoprodukty, a ludzie kupują je jak świeże bułeczki. Zarabia na tym, o czym ja wtedy marzyłem: na byciu specjalistą.

A ja właśnie zaparzyłem sobie zupkę z Radomia i pomyślałem, że nie ma w niej nawet tylu witamin, by zaspokoić potrzeby chomika – a co dopiero mojego myślącego nad rozwiązaniem ważkiego problemu mózgu.

Załamałem się.

Okej, jestem tylko człowiekiem, przyznaję. Co jest nie tak? – myślałem. I zacząłem szukać odpowiedzi.

Ten kopniak w przysłowiowe cztery litery był mi potrzebny. Tym bardziej, że ktoś ze znajomych wszedł na swoim netbooku na moją biedną (wtedy jeszcze) stronę internetową i okazało się, że na małych ekranach sypie się ona w kawałki i wygląda tragicznie.

Nie miałem już nic do stracenia.

Po latach pisania tekstów, prowadzenia szkoleń i doradztwa, nagle znalazłem się w puncie, w którym de facto nie istniałem dla świata. Wszystko, co miałem, było w mojej głowie. Ale to było za mało, by ludzie chcieli ze mną współpracować.

Zacząłem szukać elementów, które dałyby mi przewagę

Dostałem kilka dużych zleceń. Trochę to był fart, przyznaję. Ale zyskałem na czasie a także dostałem okazję wypłynąć na szersze wody.

Przygotowując się do szkoleń, przeczytałem górę książek i artykułów – głównie na zachodnich serwisach dotyczących inbound marketingu czy content marketingu.

I nagle odpowiedź, której szukałem, uderzyła mnie w głowę.

Brakowało mi bloga. Brakowało mi treści. Brakowało mi dobrego contentu.

I budowania listy mailingowej.

Dziś świat jest inaczej skonstruowany, niż kiedyś. Ludzie nie chcą czytać ofert, ulotek i katalogów. Ale każdy za to chętnie krąży po Internecie i czegoś szuka.

Wyobraź sobie dwie osoby, które bardzo dobrze znają się na…

… – na przykład – egzotycznych motylach.

Pierwsza z nich to profesor doktor z jakiegoś poważnego uniwersytetu, który od lat podróżuje po świecie i odkrywa nowe gatunki motyli. Ma o nich bardzo dużo wiadomości, unikalne zdjęcia oraz spasłe notesy pełne oszałamiających rycin i notatek.

Ale trzyma je w szufladzie, bo sądzi, że są zbyt cenne, by je ujawniać wszystkim.

Drugą osobą jest amator motyli z przysłowiowego Pcimia Dolnego. Nie zna się za bardzo na motylach, ale jest ich wielbicielem. Więc o nich czyta, ogląda je, szuka o nich informacji.

I wszytko, co znajdzie i czego się dowie, publikuje na blogu.

Pewnego dnia ktoś z redakcji, powiedzmy, Dzień Dobry TVN wpada na pomysł, by zrobić reportaż o wymierających gatunkach egzotycznych motyli i zainteresować tematem opinię publiczną.

Co robią?

Wpisują w Google odpowiednie frazy i kogo znajdują?

Amatora z Pcimia.

Zapraszają go do studia, opowiada on o motylach a na jego bloga wchodzą zainteresowani ludzie.

O profesorze nie wie nikt.

Ogląda on sobie rano w łóżku Dzień Dobry TVN i szlag go trafia. Bo to on powinien tam być, nie ten amator – mówi do siebie w złości.

Teraz przypuśćmy – amator motyli ma swój mały sklepik internetowy, w którym sprzedaje swojego e-booka o motylach: ze zdjęciami i opisem zawiłości motylich zachowań. Sprzedaż prawdopodobnie rośnie. Album kupują zainteresowani.

A doktorka szlag trafia po raz kolejny.

Byłem takim właśnie doktorem.

Wiem, jestem nieskromny. Hańba mi. Ale cóż mogę innego powiedzieć, skoro w telewizji czasem np. na temat copywritingu wypowiadały się osoby, które nie miały o nim większego pojęcia..?

Jakaż inna reakcja moja mogłaby być na taką niesprawiedliwość, kosmiczną wręcz niegodziwość losu? 🙂 W końcu psu spod ogona nie wypadłem. Moje hasła były w telewizji, moje książki przeczytało tysiące osób! – uniosłem się w myślach 🙂

Niczym wkurzony Gandalf uderzyłem laską w ziemię i…

Zapadła ważna decyzja:

Robię bloga.

„Stawiam bloga na WordPressie, moja morda w świat się niesie” – jak śpiewają klasycy.

I jednocześnie buduję listę mailingową, obdarowując nieznajomych cennymi artykułami i wiedzą, którą zdobywałem latami metodą prób i błędów.

Na szczęście w budowaniu listy mailingowej miałem już większe doświadczenie.

Parę lat temu mocno udzielałem się na pewnym forum internetowym dotyczącym rozwoju osobistego. Miałem tam setki postów – każdy w miarę merytoryczny i rzeczowy (choć do dziś wstydzę się niektórych tekstów tamtego Kuby).

Sam nie wiem, jak mi się chciało to wszystko pisać 🙂

Pewnego dnia wpadłem na pomysł stworzenia e-zinu o rozwoju osobistym. Długo się nie zastanawiałem.

Jak oznajmiłem ludziom na forum, że za darmo dostaną taki magazyn – natychmiast wpłynęło do mnie… 2000 osób.

Wtedy zrobiło to na mnie niesamowite wrażenie.

Wyobrażałem sobie te 2000 osób w jednym miejscu – słuchających mnie i oglądających. Pojawiała się we mnie ekscytacja, ale też obawa i poczucie odpowiedzialności.

Tym bardziej, że lista puchła jak szalona, by po paru miesiącach oszołomić mnie liczbą prawie… 9000 ludzi.

Jak na tamte czasy był to wynik zaiste galaktyczny. Toż to liczba mieszkańców małego miasteczka! – myślałem.

Potem zapadła decyzja, by e-zin stał się płatny.

Oczywiście część ludzi skoczyła od razu z – powiem brzydko – gębą, bo jak to: było za darmo a teraz TRZEBA płacić?!

Nie trzeba – odpowiadałem i odsyłałem ich daleko.

Ci, którzy przekonali się o mojej jakości i jakości tego, co robiłem – kupowali w ciemno.

Po jakimś czasie ta przygoda się skończyła. Zrozumiałem, że wziąłem na siebie zbyt wiele: pisanie tekstów, korektę, tworzenie oprawy graficznej, utrzymywanie relacji z autorami i mnóstwo technicznych spraw związanych z transakcjami i podatkami.

Padłem i poddałem się.

Ale coś pozostało – cenna nauka. To były takie studia dziennikarskie w praktyce i dużym przyspieszeniu.

Dlaczego to wszystko zadziałało?

Bo najpierw (na tym forum o rozwoju osobistym) dałem ludziom całe tony dobrej wiedzy. Najlepszej, jaką miałem na tamten czas. A miałem jej sporo, bo książki z dziedziny rozwoju osobistego i pokrewnych po prostu zjadałem na śniadanie.

Bo dzięki temu też zbudowałem z ludźmi fajne relacje.

Uświadomiłem sobie też słabe strony tamtego zabiegu: tamto forum (które już de facto nie działa) nie było moje. Publikując tam, zgadzałem się z regulaminem mówiącym, że majątkowe prawa autorskie do tekstów przepadają na rzecz właściciela forum.

On mógł zrobić z nimi wszystko. Mógł je skasować. Zamiast tego wykorzystywał je do budowy wizerunku swojej firmy.

Nie żebym miał mu za złe – miał do tego prawo. Ale dziś już wiem, że jeśli mam pisać, to na własny rachunek.

Ja – dzięki przygodzie z e-zinem – nauczyłem się sporo.

A głównie tego, że…

Pieniądze są w listach maillingowych

To listy osób, które Ci zaufały.

Które Cię poznały.

Które Cię cenią i dla których ważne jest to, co sądzisz.

E-mail marketing z kolei to najbardziej intymna i skuteczna forma komunikacji, jaka dziś istnieje w Internecie.

Blog jest zaproszeniem do przeżycia przygody z Tobą, Twoją firmą, marką, z Twoimi produktami.

Lista mailingowa jest listą tych, którzy to zaproszenie wstępnie przyjęli.

To właśnie w liście mailingowej – dużej, pełnej dojrzałych, dorodnych potencjalnych klientów – tkwiła przyczyna sukcesu mojego dawnego współpracownika.

Cała tamtejsza zazdrość, która we mnie wezbrała, zamieniła się w jednej chwili w motywację do działania.

Postanowiłem stworzyć najlepszego bloga o marketingu, brandingu, perswazji i komunikacji w Polsce.

Czy to się uda? – czas pokaże 🙂

Postanowiłem także zachęcać ludzi do zapisania się na mój Newsletter.

Nie chcę nic sprzedawać. Poczekam, aż co ktoś z nich sam dojdzie do wniosku, czy warto ze mną współpracować.

Ten marketing – zwany także inbound marketingiem (czyli marketingiem przychodzącym) to sztuka trudna, acz opłacalna.

To sztuka budowania relacji z ludźmi. I to uczciwych relacji. Gdzie trzeba dużo, dużo dawać od siebie. Dzielić się cenną wiedzą.

Przez moment zastanawiałem się…

„Jakby to było, gdybym zaczął prowadzić bloga wiele lat temu?”

Gdy stawiałem pierwsze kroki..?

Po tak zadanym pytaniu trudno nie mieć poczucia żalu do siebie i wrażenia utraconych lat.

Lat budowania ciekawej relacji z ludźmi i potencjalnymi klientami.

Nieprowadzenie bloga – choćby byle jakiego – i niebudowanie uczciwej, własnej i rzetelnej listy mailingowej było moim największym błędem marketingowym ever.

Ale otrząsnąłem się i spojrzałem w przyszłość. I pomyślałem sobie: kolejne lata przede mną. Przecież coś muszę robić. A niepodejmowanie celów tylko dlatego, że ich realizacja zajmie wiele lat, jest głupotą.

Bo ten czas i tak upłynie, i tak.

I wtedy – po latach nicnierobienia – znów spojrzałbym wstecz. A uczucie żalu mogłoby już nie być tak łatwe to złamania.

Dlatego piszę bloga.

Ty też pisz!

Pisz już dziś. Teraz, zaraz.

Bo lata lecą a jeśli masz w głowie coś cennego, co chciałbyś powiedzieć ludziom, to pisz tym bardziej.

Bo droga poprzez drukowanie katalogów służących potem jako podkładki pod kawę nie działa.

Bo duże firmy i ich działy marketingu – nawet jak zapłacą słono – nigdy nie przeskoczą dobrego blogera. Można kupić piękny szablon i zdjęcia, a nawet teksty, ale nie można kupić warsztatu szlifowanego latami, stylu, przemyśleń i autentyczności.

Bo bloga nie prowadzi się tylko w celach zarobkowych, nie tylko dla sławy czy popularności. To także odpowiedź na jedno z najważniejszych pytań, jakie w życiu usłyszałem:

Co zostanie po Tobie, gdy umrzesz?

O czym będą czytały kolejne pokolenia?

Jaką wartość pozostawisz po sobie, gdy Twój czas przeminie?

Blog, choć jest formą cyfrową, eteryczną oraz ulotną, i właściwie wystarczyłaby jedna silniejsza słoneczna fala elektromagnetyczna, by go skasować (i cały Internet też przy okazji), to jednak jego siła przebicia jest nie do przecenienia: praktycznie za darmo docierasz do odległych domów, firm i ludzi, z których większości nigdy nie poznasz.

Ale oni poznają Ciebie.

Poznają Twoją wartość, osobę, opinie i przemyślenia.

I Twoją ofertę.

Mija już parę ładnych miesięcy, od kiedy zacząłem regularnie stukać w klawiaturę. Wciąż jeszcze nie przelałem na bloga 90% materiałów, które zamierzam opublikować. Ale już widzę świetne efekty.

Praktycznie nie ma dnia, by ktoś nie pytał, nie pisał, nie interesował się. Prowadzę rozmowy z kilkoma potencjalnymi klientami – dużymi i małymi firmami, które chcą się ulepszać w dziedzinie komunikacji marketingowej.

Ostatnio na Twitterze pewien copywriter umieścił mnie na swojej liście specjalistów od marketingu – obok takich nazwisk, jak Hatalska czy Tkaczyk. Powiem Ci, że w Polsce wyżej się już nie da. Dzięki. Idzie nieźle 🙂

To cudowne uczucie i w końcu mam wrażenie, że sprawy idą tak, jak należy. Co prawda daleko mi jeszcze do realizacji moich zamierzeń, ale pierwsze efekty już są.

Jak widzisz – za małym blogiem też mogą stać wielkie pytania i ideały.

I nawet na małym blogu możesz znaleźć wielką wartość – jeśli nie jest tylko grafomańskim bełkotem o niedzielnym obiedzie i wypadzie na basen, lecz jest prowadzony z głową i wyższym celem w tle – tak, by dawać ludziom realną wartość.

Do tego Cię właśnie zachęcam.

I – oczywiście – do zapisania się na mój Newsletter (po prawej na górze).

Bo dzięki temu jeszcze dziś będziesz mógł za darmo pobrać mojego stworzonego w pocie czoła e-booka o tym, jak założyć i prowadzić dobrego bloga.

Podsumowując:

  • drukowanie materiałów reklamowych i opychanie ich coraz mniej się opłaca – a w przypadku specjalistycznych usług to już niemal w ogóle
  • jak nie ma Cię w Google, to tak, jakby Cię w ogóle nie było
  • lista mailingowa to lista ludzi, którzy Ci zaufali i którzy w przyszłości chętniej od Ciebie coś kupią
  • prowadzenie bloga to w pewien sposób przepis na nieśmiertelność i mickiewiczowskie trafienie pod przysłowiowe strzechy

Życzę powodzenia w prowadzeniu bloga!